Przewodnik po herbatach cz. 3 – Tajwan

W dzisiejszym wpisie z cyklu pt. „Przewodnik po herbatach” zaprezentuję Wam herbaty wytwarzane na Tajwanie.

Tajwan ma stosunkowo krótką historię herbacianą, bo liczącą zaledwie 200 lat. Pierwsze sadzonki krzewu herbacianego zostały sprowadzone z chińskiej prowincji Fujian, a konkretniej z rejonu gór Wuyi. Zostały one zasadzone w okolicach Tajpej, czyli dzisiejszej stolicy Tajwanu. Początkowo herbatę wysyłano do wspomnianej prowincji Fujian, ponieważ na wyspie nie było zakładu mogącego zająć się jej przetwarzaniem. Sytuacja zmieniła się w 1868 r., kiedy to brytyjski przedsiębiorca John Dodd stworzył zakład obróbki herbaty w Tajpej, co znacznie ułatwiło produkcję oraz eksport herbaty. Z czasem powstało więcej plantacji herbacianych i zakładów obróbki, które wyspecjalizowały się w produkcji herbaty zwanej Formosa Oolong (Formosa to dawna portugalska nazwa Tajwanu). Po pewnym czasie zaczęto wytwarzać również inne rodzaje herbat określanych mianem Formosa. Obecnie Tajwan jest jednym z najbardziej znaczących producentów herbaty na świecie. Tajwańska herbata charakteryzuje się doskonałą jakością, ponieważ zazwyczaj wytwarza się ją w małych, rodzinnych gospodarstwach, często ręcznie. Co ciekawe, niewielka część tej herbaty trafia na eksport, bo na samej wyspie istnieje ogromny popyt na nią – aż 80% całości herbaty wytwarzanej na Tajwanie jest kupowana i konsumowana przez samych Tajwańczyków.

Najważniejsze rejony uprawy herbaty na Tajwanie znajdują się w czterech powiatach: Tajpej (rejon położony na północy wyspy, który słynie z produkcji oolonga o nazwie Muzha Tie Guan Yin), Yinzhu (region znajdujący się również na północy wyspy, który jest znany z produkcji Bai Hao Oolonga), Nantou (rejon leżący w centralnej części wyspy, w którym produkuje się słynnego Dong Ding Oolonga) oraz Jiayi (region usytuowany w południowo-zachodniej części wyspy, słynący z produkcji Alishan Oolonga).

Na Tajwanie wytwarza się głównie trzy rodzaje herbat: zieloną, czarną oraz oolong. Zielona herbata stanowi niewielką część herbat wytwarzanych na wyspie. Dwa najbardziej znane gatunki tego rodzaju herbaty to tajwańskie wersje dwóch popularnych gatunków chińskiej herbaty: Sanshia Bi Luo Chun oraz Sanshia Longjing, które pochodzą z górskiego rejonu Sanshia położonego na północy Tajwanu. Herbaty te dostarczają odmiennych doznań smakowo-zapachowych niż ich chińskie pierwowzory. Niestety, są one trudno dostępne na zachodzie ze względu na ich limitowaną ilość oraz ogromny popyt wśród Tajwańczyków.

Czarna herbata również stanowi nieznaczną część herbat produkowanych na Tajwanie. Ten rodzaj herbat wytwarza się w kilku regionach. Najsłynniejszy z nich to wyżynny rejon wokół Sun Moon Lake (największego jeziora Tajwanu), który znajduje się w powiecie Nantou. Na tym obszarze produkuje się czarną herbatę zwaną Sun Moon Lake Black Tea (znaną również jako Ri Yue Tan Hong Cha) z krzewów herbacianych Camellia sinensis odmiana assamica, które zostały zasadzone w tym miejscu przez Japończyków w czasie okupacji Tajwanu. Innym znanym gatunkiem czarnej herbaty pochodzącej z rejonu Sun Moon Lake jest Ruby Black Tea (zwana także Red Jade Tea lub Hong Yu). Ruby Black Tea została stworzona przez tajwański ośrodek o nazwie Tea Research and Extension Station (TRES). Wytwarza się ją z hybrydy rodzimej tajwańskiej odmiany krzewu herbacianego z birmańską odmianą krzewu herbacianego. Warto wiedzieć, że obie te herbaty dają napar, który dostarcza wyjątkowych doznań smakowo-zapachowych (wyczuwalne są w nim akcenty cynamonowe i mentolowe). Niestety, podobnie jak to było w przypadku zielonych herbat, tajwańskie czarne herbaty są rzadkie, przez co są trudno dostępne na zachodzie.

Z kolei oolong stanowi aż 90% herbaty wytwarzanej na Tajwanie. Można powiedzieć, że ten rodzaj herbaty jest specjalnością Tajwańczyków. Znaczne różnice w wysokości terenu na całej wyspie przyczyniają się do unikatowego mikroklimatu panującego w rejonach uprawy herbaty. Dzięki temu Tajwańczycy są w stanie wytworzyć rozmaite style oolongów o różnym stopniu oksydacji, wahającym się od 10 do 90%. Proces produkcji oolongów jest niezwykle pracochłonny i czasochłonny – może trwać nawet do kilku dni i składać się nawet z 10 etapów.

Tajwańskie oolongi można podzielić na trzy główne rodzaje:

1. nisko oksydowane – o stopniu oksydacji do 10%;

2. średnio oksydowane – o stopniu oksydacji od 10 do 70%;

3. wysoko oksydowane – o stopniu oksydacji powyżej 70%.

Najbardziej znanym przedstawicielem tajwańskich nisko oksydowanych oolongów jest Wenshan Baozhong (zwany również Pouchongiem). Wenshan Baozhong to herbata o lekkim stopniu oksydacji, który wynosi ok. 10%. Pochodzi ona z północnej części Tajwanu, a konkretniej z dzielnicy Tajpej zwanej Wenshan. Nazwa „Baozhong” (Pouchong) oznacza „zawijany rodzaj” i jest nawiązaniem do dawniej stosowanego sposobu suszenia tej herbaty, który polegał na pakowaniu liści w papier i umieszczeniu ich w koszu bambusowym nad paleniskiem. Obecnie ten etap produkcji przebiega z użyciem maszyn, ale nazwa pozostała bez zmian. Co ciekawe, początkowo Wenshan Baozhong był dodatkowo aromatyzowany kwiatami jaśminu, ale ostatecznie zdecydowano się odejść od tego etapu produkcji, gdy uzyskano naturalnie kwiatowy efekt. Herbata ta ma postać zielonkawych, lekko zwiniętych listków, które wydzielają delikatny, kwiatowo-melonowy aromat. Przypomina ona bardziej zieloną herbatę niż oolonga. Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć listki dwóch przykładowych Baozhongów:

spotkanie z pouchongami5

spotkanie z pouchongami6

Warto wiedzieć, że poza Wenshan Baozhongiem istnieją jeszcze dwie inne odmiany Baozhongów: Nangang oraz Lanyang (określenia te pochodzą od nazw obszarów w Tajpej).

Z kolei tajwańskie średnio oksydowane oolongi to m.in. tzw. oolongi wysokogórskie określane mianem Gao Shan Cha. Są to wszelkie oolongi, które powstają z krzewów herbacianych uprawianych na wysokości powyżej 1000 m n.p.m. Najbardziej znane rejony uprawy znajdujące się na takiej wysokości to: Ali Shan, Shan Lin Xi, Li Shan oraz Da Yu Ling. Najsłynniejszym gatunkiem tajwańskiego oolonga wysokogórskiego jest Alishan Oolong. Herbata ta pochodzi z gór Ali Shan, które znajdują się w powiecie Jiayi. Listki Ali Shan Oolonga w formie lekko zwiniętych kuleczek dają napar o delikatnym, słodkawym aromacie i smaku pozbawionym goryczy. Warto wiedzieć, że tajwańskie wysokogórskie oolongi wytwarza się w limitowanych ilościach ze względu na dość trudne warunki zbiorów (niezwykle strome górskie stoki, niewielkie ogrody herbaciane o powierzchni 5 akrów, krótki okres zbiorów oraz praktyka zbierania wyłącznie całej końcówki łodyżki z połączonymi trzema lub czterema listkami).

Innym znanym gatunkiem tajwańskiego średnio oksydowanego oolonga jest Dong Ding Oolong (znany również jako Tung Ting Oolong). Jest to herbata o stopniu oksydacji wynoszącym ok. 30%. Pochodzi ona z góry Dong Ding znajdującej się w powiecie Nantou. Określenie „Dong Ding” oznacza „mroźny” lub „zmrożony szczyt” i wbrew pozorom nie jest żadnym odniesieniem do panujących w tym miejscu warunków pogodowych. Wyrażenie „mrozić stopy” oznacza „chodzić na palcach” i nawiązuje do sposobu przemieszczania się po tych górskich terenach przez mieszkańców tych okolic. Uznaje się, że to właśnie na górze Dong Ding zasadzono pierwsze krzewy herbaciane pochodzące z rejonu gór Wu Yi, więc to Dong Ding Oolong jest przodkiem tajwańskich oolongów. Ding Ding Oolong ma postać mocniej zwiniętych, zielonych kuleczek, które dają napar o słodkawym aromacie i smaku.

Kolejnym słynnym gatunkiem tajwańskiego średnio oksydowanego oolonga jest Muzha Tie Guan Yin, czyli tajwańska wariacja na temat chińskiego oolonga Tie Guan Yin w formie mocno zwiniętych kuleczek, która pochodzi z Muzha, czyli dawnej dzielnicy Tajpej (obecnie dzielnica Wenshan). Główna różnica pomiędzy tajwańską a chińską wersją tej herbaty polega na stopniu uprażenia – Muzha Tie Guan Yin jest mocniej uprażona, co przekłada się na słodszy i bardziej złożony smak. Warto wiedzieć, że istnieje jeszcze druga odmiana Tie Guan Yin zwana Shi Men Tie Guan Yin, która charakteryzuje się gorszą jakością niż Muzha Tie Guan Yin.

Najbardziej znanym reprezentantem tajwańskich wysoko oksydowanych oolongów jest Baihao Oolong (znany również jako Dongfeng Meiren lub Oriental Beauty). Baihao Oolong to herbata o stopniu oksydacji wynoszącym ponad 70%. Wytwarza się ją w kilku regionach Tajwanu, głównie w powiecie Nantou i Xinzhu. Składa się ona z pąków liściowych pokrytych drobnym, srebrzystym meszkiem, określanych mianem „baihao” (stąd nazwa herbaty), oraz dwóch ciemnobrązowych listków, które zbiera się latem. Pąki i listki tej herbaty dają napar o pomarańczowoczerwonym kolorze oraz słodkawym, miodowym aromacie i smaku, który jest praktycznie pozbawiony goryczy. Do charakterystycznego słodkawego smaku i aromatu tej herbaty przyczyniają się owady z gatunku Jacobiasca formosana, którym pozwala się wygryzać listki krzewów herbacianych. Listki te bronią się, wytwarzając więcej związków chemicznych, które nadają herbacie ten specyficzny smak i zapach. Baihao Oolong przypomina bardziej czarną herbatę (według chińskiej nomenklatury czerwoną herbatę) niż oolonga.

Na koniec warto wspomnieć o czterech najbardziej znanych tajwańskich kultywarach krzewów herbacianych: Jin Xuan, Cui Yu, Si Ji Chun oraz Qing Xin, przy czym często są to również nazwy herbat powstałych z tych krzewów. Jin Xuan (znany również jako Milk Oolong lub Silk Oolong) ma postać ciemnozielonych, mocno poskręcanych listków, które wyróżniają się naturalnym, mleczno-kremowym aromatem i smakiem. Wiele herbat Jin Xuan dostępnych na rynku jest sztucznie aromatyzowanych, więc nie jest łatwo znaleźć prawdziwą herbatę tego typu. Kultywar krzewu o tej nazwie uprawia się najczęściej na niżej położonych plantacjach. Niektórzy rolnicy wykorzystują go do produkcji Ali Shan Oolonga.

Cui Yu (znany również jako Jade Oolong) jest często określany „zielonym oolongiem” ze względu na swój zielony kolor. Charakteryzuje się kwiatowym aromatem i smakiem. Kultywar krzewu o tej nazwie uprawia się wyłącznie na niżej położonych plantacjach.

Si Ji Chun (zwany również Four Seasons Oolong) to herbata, która wyróżnia się owocowym smakiem i aromatem. Kultywar krzewu herbacianego o tej nazwie charakteryzuje się niezwykle szybkim tempem wzrostu, co sprawia, że zbiory są możliwe nawet do sześciu razy w roku (stąd nazwa „Four Seasons” czyli „cztery pory”). Uprawia się go przeważnie na niżej położonych plantacjach, co sprawia, że herbata Si Ji Chun jest łatwo dostępna.

Z kolei Qing Xin (znany również jako Ruan Zhi lub Green Heart) to wysokiej jakości kultywar używany głównie do produkcji wysokogórskich oolongów, Dong Ding Oolonga i Baozhongów. Charakteryzuje się on wolniejszym tempem wzrostu. Herbaty wytworzone z tego kultywaru są zwykle droższe niż te wyprodukowane z innych kultywarów, np. Jin Xuan.

Pozdrawiam 🙂

PS Przy przygotowywaniu wpisu korzystałam z trzech książek: „Tea: A User’s Guide” Tony’ego Gebely, „The Tea Book” Lindy Gaylard, „Zapisków o herbacie” Roberta Tomczyka, materiałów z warsztatów wulongowych poprowadzonych przez Anię Włodarczyk (autorkę bloga o nazwie Morze Herbaty) w sierpniu zeszłego roku oraz z następujących źródeł internetowych:

https://teatropolitan.wordpress.com/2009/09/27/guide-to-taiwanese-oolong-teas/

https://teatrekker.com/product-category/types/oolong-tea/taiwan-oolong-tea/

http://www.amazing-green-tea.com/taiwan-oolong-tea.html

http://www.thefragrantleaf.com/guide-to-taiwan-teas

http://matadornetwork.com/life/beginners-guide-to-taiwanese-teas/

http://www.teavivre.com/info/taiwan-top-ten-famous-tea/

https://en.wikipedia.org/wiki/Taiwanese_tea

http://taiwanleaftea.com/info/taiwan-tea-regions

https://teadb.org/baozhong/

http://www.letsdrinktea.com/types-of-tea/oolong-tea/pouchong-tea/

https://teatrekker.com/product-category/gao-shan/

http://www.tching.com/2017/02/taiwans-black-tea-renaissance/

http://www.tching.com/2011/06/hong-yu-taiwans-unique-black-tea/

http://www.tea-masters.com/en/red-tea/570-2016-spring-hong-yu-red-tea-from-sun-moon-lake.html

https://www.zentealife.com/blogs/tea-blog/ruby-black-tea-from-taiwan

https://teadb.org/taiwanese-tea-cultivars/

Różne odsłony herbaty cz. 34 – Kenia Milima i Kenia o świcie, czyli dwie kenijskie czarne herbaty

W dzisiejszym wpisie z cyklu pt. „Różne odsłony herbaty” zaprezentuję Wam dwie czarne herbaty z Kenii, a mianowicie Kenię Milimę oraz Kenię o świcie.

Zanim jednak przejdę do recenzji, napiszę co nieco o kenijskiej herbacie, bo myślę, że warto wiedzieć coś o niej, tym bardziej, że w niewielu źródłach można znaleźć informacje na ten temat. W Kenii herbata po raz pierwszy pojawiła się w 1903 r., kiedy to zasadzono nasiona krzewu herbacianego z Indii (Camellia sinensis odmiana assamica), a w 1924 r. rozpoczęto produkcję komercyjną herbaty. Obecnie Kenia jest trzecim co do wielkości producentem herbaty na świecie i jedynym afrykańskim krajem, który wytwarza znaczną ilość herbaty na rynek światowy.

Kenia to kraj położony na równiku, w którym panuje klimat tropikalny. Rejony uprawy herbaty znajdują się wyłącznie na wyżej położonych obszarach usytuowanych na wysokości od 1500 do 2700 m n.p.m., ponieważ tylko tam występują sprzyjające warunki, tj. żyzne gleby wulkaniczne, większa ilość opadów oraz niższe temperatury. Takie warunki sprawiają, że herbatę wytwarza się przez cały rok, przy czym dwa główne sezony produkcji pokrywają się z porą deszczową, tj. mają miejsce od marca do czerwca oraz od października do grudnia. W Kenii uprawia się herbatę głównie na wyżynach, które znajdują się po obu stronach Wielkiej Doliny Ryftowej, szczególnie w rejonach zwanych Kericho, Nandi, Nyeri oraz Muranga. Warto wiedzieć, że tylko ok. 10% herbaty wytwarza się na dużych plantacjach, a z kolei aż ok. 90% produkuje się w małych gospodarstwach rolnych o powierzchni nie większej niż 1 akr (0,4 hektara). Rolnicy sprzedają zebrane listki fabrykom, które zajmują się obróbką herbaty. W Kenii istnieje specjalny organ zwany Kenya Tea Development Agency (KTDA), który promuje oraz wspiera produkcję herbaty przez małe gospodarstwa rolne i fabryki.

W Kenii produkuje się przede wszystkim czarną herbatę, z czego tylko ok. 5% tej herbaty wytwarza się za pomocą tradycyjnych metod, a aż ok. 95% – za pomocą metody CTC, czyli sposobu polegającego na rozdrobnieniu liści przez zgniatanie (C od crush), rozrywanie (T od tear) i zwijanie (C od curl). Herbatę z bardziej rozdrobnionymi listkami często sprzedaje się jako herbatę śniadaniową (tzw. breakfast tea) w torebkach, a tę z mniej rozdrobnionymi – w formie herbaty liściastej. Co więcej, w Kenii wytwarza się również herbatę białą i zieloną za pomocą tradycyjnych metod produkcji. Te dwa rodzaje herbat mają charakter sezonowy. Warto wiedzieć, że kenijskie herbaty są znane z wyjątkowo wysokiej zawartości antyoksydantów.

Na koniec warto zauważyć, że w Kenii eksperymentuje się z nowinkami herbacianymi, czego owocem jest np. biała Matcha zwana również White Matcha lub White Rhino Matcha, czy herbata purpurowa znana również jako purple tea, która jest charakterystyczna dla tego kraju. Herbata purpurowa charakteryzuje się wysoką zawartością antycyjaniny, której zawdzięcza swój purpurowy kolor (to ten sam pigment obecny m.in. w malinach czy borówkach), polifenoli oraz katechin, co sprawia, że ma ona wyjątkowe właściwości zdrowotne. Warto podkreślić, że nie jest ona odrębnym rodzajem, a raczej odmianą herbaty, ponieważ powstaje ona ze specjalnej, genetycznie zmodyfikowanej odmiany krzewu herbacianego, a proces jej obróbki nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle procesu obróbki pozostałych rodzajów herbat.

Wiedząc już co nieco na temat herbaty w Kenii, mogę przejść do recenzji wspomnianych wyżej herbat 😉

Kenia OP Milima

Kenia Milima - opakowanie

Kenia OP Milima to czarna kenijska herbata, którą kupiłam w sklepie Five o’clock. Niestety, na opakowaniu nie podano informacji, z jakiego rejonu Kenii pochodzi. Słowo „milima” w języku suahili (jednym z dwóch języków urzędowych obowiązujących w Kenii) oznacza „górę” i odnosi się do faktu, że krzewy herbaciane, z których powstaje herbata określona mianem „milima” rosną na wysokości nie niższej niż 1800 m n.p.m. Z kolei oznaczenie OP, czyli Orange Pekoe, wskazuje na to, że susz herbaciany składa się z długich, sztywnych listków, z rzadko występującymi złotymi tipsami.

Niestety, nie znam szczegółów dotyczących produkcji tej herbaty, ale podejrzewam, że mogła być ona wytworzona za pomocą tradycyjnych metod, chociażby częściowo, z dwóch powodów. Po pierwsze, ten gatunek czarnej herbaty często produkuje się za pomocą takich metod. Po drugie, susz herbaciany w kolorze ciemnobrązowym z jasnobrązowymi akcentami składa się z większych fragmentów listków, które mają nieregularny kształt. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć, jak on się prezentuje:

Kenia Milima - listki

Listki wydzielają delikatny winno-cytrusowy zapach.

Napar z tej herbaty ma słodkawy, miodowy aromat i ciemnobursztynowy kolor. Wygląda on tak, jak na zdjęciu poniżej:

Kenia Milima - napar

Po wypiciu łyka naparu z Kenii Milimy wyczuwalna jest lekka, zrównoważona goryczka, która szybko zamienia się w delikatną, cytrusową słodycz. Całość jest bardzo specyficzna, ale przyjemna i orzeźwiająca, zupełnie inna od doznań dostarczanych przez inne czarne herbaty, szczególnie te pochodzące z Chin czy Indii. Co ciekawe, w ostudzonym naparze nuty cytrusowe stają się nawet bardziej intensywne.

Co do sposobu przyrządzania tej herbaty, to myślę, że najlepiej jest zalać susz wodą o temperaturze ok. 95 stopni Celsjusza (czyli wodą tuż po zagotowaniu) i parzyć przez 2 minuty. Co prawda producent zaleca parzyć tę herbatę wodą o wspomnianej temperaturze od 3 do 6 minut, ale uważam, że 2 minuty wystarczą w zupełności. Po tym czasie napar i tak jest wystarczająco intensywny w smaku.

Co ciekawe, po parzeniu listki lekko się rozwinęły, co jest dodatkowym argumentem przemawiającym za tym, że ta herbata nie była wytworzona za pomocą metody CTC.

Kenia Milima - listki po parzeniu

Na koniec warto zauważyć, że Kenia Milima to zdecydowanie herbata, która nadaje się tylko do jednokrotnego parzenia.

Kenia o świcie

Kenia o świcie marki Green Hills to czarna kenijska herbata, która została zakupiona w Biedronce. Znajduje się ona w charakterystycznej, biało-fioletowej puszce.

Kenia o świcie - przód puszki

Wcześniej Kenia o świcie była znana pod marką La Speciale i była jedną z czterech herbat liściastych tej marki (pozostałe trzy z tej samej serii to: Mgła nad Yunnan, Truskawkowe wzgórze i Czekoladowa podróż), które można kupić w Biedronce wyłącznie w okresie przedświątecznym. Jednak to właśnie Kenia o świcie zainteresowała mnie najbardziej, tym bardziej, że kenijskie herbaty nie są zbyt popularne w Polsce.

Niestety, tak jak w przypadku Kenii Milimy, na puszce nie określono, z jakiego rejonu Kenii ta herbata pochodzi. Jedyna konkretna informacja, którą można na niej znaleźć, to oznaczenie herbaty Golden Flowery Broken Orange Pekoe, wskazujące na to, że susz herbaciany zawiera połamane grubsze listki z niewielką ilością złotych tipsów.

Z racji tego, że susz herbaciany w kolorze ciemnobrązowym ze złocistymi refleksami jest drobny i raczej jednorodny, można podejrzewać, że herbata ta została wyprodukowana za pomocą metody CTC. Możecie zobaczyć, jak on się prezentuje na zdjęciu poniżej:

Kenia o świcie - listki

Susz wydziela intensywny winny aromat.

Napar z tej herbaty ma delikatny owocowo-winny zapach i ciemnobursztynowy kolor. Wygląda on tak, jak na zdjęciu poniżej:

Kenia o świcie - napar

W naparze z Kenii o świcie dominuje intensywna goryczka (znacznie intensywniejsza niż w przypadku Kenii Milimy), która po chwili zamienia się w delikatną, momentami ledwo wyczuwalną owocowo-winną słodycz. Szczerze mówiąc, goryczka ta nie jest nieprzyjemna, ale sprawia, że w krótkim czasie nie jestem w stanie wypić więcej niż jedną szklankę tej herbaty, bo w innym wypadku zaczyna mnie męczyć.

Co do sposobu przygotowania tej herbaty, to myślę, że najlepiej jest zalać susz wodą o temperaturze ok. 95 stopni Celsjusza (czyli wodą tuż po zagotowaniu) i parzyć przez 2 minuty. Co prawda producent zaleca parzyć tę herbatę wrzątkiem przez 5 minut, ale uważam, że 2 minuty wystarczą w zupełności, bo po tym czasie napar i tak jest już bardzo mocny.

Na koniec warto zauważyć, że Kenia o świcie, podobnie jak Kenia Milima, to bez wątpienia herbata, która nadaje się tylko do jednokrotnego parzenia.

Podsumowując, Kenia Milima i Kenia o świcie to dwie czarne kenijskie herbaty, które prawdopodobnie zostały wytworzone za pomocą dwóch odmiennych metod produkcji: tradycyjnych oraz CTC, co przekłada się na nieco inne doznania smakowe i zapachowe dostarczane przez napar: Kenia Milima jest słodsza i bardziej cytrusowa, a Kenia o świcie bardziej goryczkowa i owocowo-winna. Przyznam szczerze, że Kenia Milima bardziej przypadła mi do gustu, ale Kenia o świcie też jest warta uwagi, bo jak na herbatę z supermarketu jest zaskakująco niezła. Obie herbaty nie zwalają z nóg, tak jak na przykład opisany już wcześniej Ramiz Black Tea, ale uważam, że warto ich spróbować, ponieważ mają w sobie coś specyficznego, czego nie można odnaleźć w czarnych herbatach pochodzących z innych krajów, szczególnie z Chin i Indii.

Pozdrawiam 🙂

PS Przy opracowywaniu wpisu korzystałam z dwóch książek: „Tea: A User’s Guide” Tony’ego Gebely i „The Tea Book” Lindy Gaylard oraz z następujących źródeł internetowych:

https://www.harney.com/products/kenya-milima-tea

http://www.tea-and-coffee.com/kenya-milima-loose-leaf-tea

http://www.fiveoclock.eu/herbata/products/kenia-op-milima-2628.html

https://en.wikipedia.org/wiki/Tea_production_in_Kenya

http://www.kenya-information-guide.com/kenya-tea.html

http://ratetea.com/region/kenya/4/

https://en.wikipedia.org/wiki/Kenya_Tea_Development_Agency

http://www.tea.co.uk/teas-from-kenya-malawi-and-zimbabwe

http://theteadetective.com/TeasOfKenya.html

http://www.tching.com/2017/01/what-is-purple-tea/

http://thedailytea.com/taste/purple-tea-innovation-hype/

https://www.teabox.com/blog/tea101/difference-orthodox-tea-ctc-tea

http://mycupofgreentea.blog.pl/tag/oznaczenia-herbat/

Różne odsłony herbaty cz. 33 – Anji Bai Cha, czyli nietypowa chińska zielona herbata

W dzisiejszym wpisie z cyklu pt. „Różne odsłony herbaty” przedstawię Wam pewną chińską zieloną herbatę, a konkretniej Anji Bai Cha, która została kupiona w sklepie TheTea.

Anji Bai Cha - opakowanie

Anji Bai Cha (zwana również Anji White Tea) to rzadka i ceniona herbata, która pochodzi z północno-zachodniej części prowincji Zhejiang położonej na wschodnim wybrzeżu Chin, a konkretniej z górzystego powiatu Anji znanego z pokrytych mgłą lasów bambusowych. Wbrew temu, co sugeruje nazwa, Anji Bai Cha to tak naprawdę zielona herbata, biorąc pod uwagę proces produkcji. Określenie „biała herbata” nawiązuje do białego koloru świeżo zebranych pączków i listków oraz jasnego koloru naparu.

Historia Anji Bai Cha sięga czasów panowania chińskiej dynastii Song, czyli XII wieku. W literaturze na temat herbaty powstałej od tego momentu pojawiło się kilka wzmianek o enigmatycznej Bai Cha, której opis zgadza się z opisem Anji Bai Cha. Dla przykładu cesarz Huizong, wielki artysta oraz miłośnik herbaty, wspomniał w swojej książce o herbacie pt. „Da Guan Cha Lun” o Bai Cha charakteryzującej się cienkimi żółtawo-białymi listkami, która powstaje z krzewów herbacianych rosnących dziko na wysokich stromych górach. Niestety, żadne ze źródeł nie podawało, gdzie dokładniej znajdują się te krzewy. Wiadomo było tylko, że są one położone gdzieś w rejonie Anji w chińskiej prowincji Zhejiang. Z tego właśnie względu Anji Bai Cha przez długi czas pozostawała tylko legendą, aż do lat 80. ubiegłego wieku, kiedy to w wiosce Da xi w powiecie Anji odkryto kultywar krzewu Camellia sinensis odmiana sinensis zwany Bai Ye Yi Hao. Odkryte dwa krzewy rozmnożono dla celów komercyjnych. Uznaje się, że wszystkie obecnie istniejące krzewy Bai Ye Yi Hao pochodzą od tych dwóch macierzystych krzewów, z których tylko jeden przetrwał do dziś.

W skład Anji Bai Cha wchodzi pączek oraz najmłodszy listek. Co ciekawe, pączki i listki Anji Bai Cha są białe, ale wraz ze wzrostem temperatury stają się zielonkawe, a gdy temperatura przekroczy 25 stopni Celsjusza, całkowicie zielenieją. Tej zmianie koloru pączków i listków towarzyszy zmiana smaku. Najbardziej ceniona herbata pochodzi z pierwszego zbioru mającego miejsce w pierwszych dniach kwietnia, tj. przed chińskim świętem Qingmingjie (moja herbata pochodzi właśnie z tego kwietniowego zbioru).

Zebrane pączki i listki poddaje się takim procesom produkcji, jak: więdnięcie, poddanie działaniu wysokiej temperatury poprzez prażenie w wokach, formowanie oraz suszenie. Ostatecznie herbata ma postać zielonkawych igiełek o regularnym kształcie. Wygląda ona tak, jak na zdjęciu poniżej:

Anji Bai Cha - listki

Te igiełki wydzielają roślinno-warzywny aromat, który przywodzi na myśl skojarzenia ze smakiem umami.

Napar z Anji Bai Cha ma oleistą konsystencję, roślinno-warzywny zapach z akcentami przywodzącymi na myśl skojarzenia ze smakiem umami oraz zielonkawy kolor. Prezentuje się on następująco:

Anji Bai Cha - napar w gaiwanie

Po wypiciu łyka naparu najpierw można wyczuć akcenty roślinno-warzywne, które szybko zamieniają się w słodkawe nuty owocowe. Na koniec napar pozostawia po sobie delikatny posmak umami, który jest charakterystyczny raczej dla japońskich zielonych herbat. Takie doznania smakowe dostarczają tylko dwa napary z pierwszych dwóch parzeń – w naparze z każdego kolejnego parzenia ten posmak jest już praktycznie niewyczuwalny. Całość jest niezwykle łagodna i delikatna, przypominająca bardziej doznania dostarczane przez chińskie białe herbaty niż inne zielone.

Co do sposobu przygotowania Anji Bai Cha, to myślę, że najlepiej jest zalać ją wodą o temperaturze ok. 80 stopni Celsjusza i parzyć przez minutę. Inne parametry parzenia, tj. wyższa temperatura wody oraz dłuższy czas parzenia, zdecydowanie nie służą tej herbacie. Te same pączki i listki można wykorzystać nawet pięciokrotnie, przy czym trzecie i czwarte parzenie dobrze jest wydłużyć o 30 sekund, a ostatnie, piąte – o minutę, ostatecznie uzyskując następujące czasy parzenia w minutach: 1:00, 1:00, 1:30, 2:00 oraz 3:00. Samą herbatę najlepiej parzyć w szklanym lub porcelanowym gaiwanie, ponieważ już po pierwszym parzeniu igiełki otwierają się, ukazując pączek z listkiem. Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć, jak wyglądały pączki i listki po drugim parzeniu:

Anji Bai Cha - listki po zaparzeniu

Na koniec warto wiedzieć, że pączki i listki krzewu herbacianego, z którego wytwarza się Anji Bai Cha (szczególnie te, które pojawiają się wczesną wiosną), mają unikatowy skład chemiczny: niską zawartość chlorofilu oraz polifenoli, co przyczynia się do ich białawego koloru, ale za to wysoką zawartość aminokwasów, dwukrotnie większą niż w przypadku innych zielonych herbat (podobną zawartość aminokwasów ma japońska zielona herbata Gyokuro). To właśnie dlatego napar z tej herbaty jest słodkawy, ma delikatny smak umami i działanie uspokajające oraz redukujące stres.

Podsumowując, Anji Bai Cha to unikatowa chińska zielona herbata dająca napar, który dostarcza nietypowych doznań zapachowych i smakowych jak na zieloną herbatę z Chin, szczególnie ze względu na delikatny posmak umami. Jest to jedna z tych herbat, które zapadają w pamięci na długo. Polecam ją szczególnie miłośnikom białych i zielonych herbat. Ja na pewno będę do niej wracać :).

PS Przy opracowywaniu wpisu korzystałam z ebooka pt. „Tea: A User’s Guide” Tony’ego Gebely, książki pt. „Zapiski o herbacie” Roberta Tomczyka, opisu herbaty Anji Bai Cha zamieszczonego na stronie sklepu TheTea (obecnie już niedostępnego) oraz następujących źródeł internetowych:

https://eherbata.pl/an-ji-bai-cha-2016-287.html

https://en.wikipedia.org/wiki/Anji_bai_cha

https://sevencups.com/shop/ming-qian-an-ji-bai-cha/

http://www.teavivre.com/info/an-ji-bai-cha/

https://www.teaspring.com/An-Ji-Bai-Cha.asp

http://ratetea.com/style/anji-bai-cha/110/

http://ratetea.com/region/zhejiang/30/

https://en.wikipedia.org/wiki/Anji_County

Różne odsłony herbaty cz. 32 – Snow Buds, czyli przepyszna biała herbata z Nepalu

W dzisiejszym wpisie przedstawię Wam pewną białą herbatę z Nepalu, a konkretniej Snow Buds, która pochodzi ze sklepu internetowego One cup of tea, posiadającego w ofercie wyłącznie herbaty z Nepalu (http://agataozarowska.pl/).

Już w zeszłym roku słyszałam wiele dobrego od innych miłośników herbaty o herbatach ze sklepu prowadzonego przez Agatę Ożarowską-Nowicką (szczególnie o nepalskiej czarnej herbacie Gold Buds), ale niestety podobnie jak to było w przypadku ostatnio opisanej Ramiz Black Tea, obudziłam się z chęcią zakupu za późno :P. Na szczęście w tym roku podczas noworocznego spotkania herbacianego, które odbyło się 6 stycznia w koreańskiej restauracji ONGGI w Warszawie, trafiła się świetna okazja, żeby spróbować wspomnianej nepalskiej herbaty, ponieważ sama Agata wzięła udział w tym wydarzeniu. Na początku opowiedziała nam o swoim pobycie w kompleksie ogrodów herbacianych Guranse w Nepalu, a następnie poczęstowała nas naparem z pozostałości zeszłorocznej Gold Buds. Pamiętam, że zrobił na mnie piorunujące wrażenie :). Po pierwszym łyku wiedziałam, że jak tylko Gold Buds z tegorocznego zbioru pojawi się w sklepie, muszę kupić tę herbatę. Gdy we wrześniu dowiedziałam się, że jest już dostępna, bez wahania kupiłam ją. Przy okazji zamówiłam też trzy inne herbaty, które przykuły moją uwagę: dwie czarne herbaty Wild Sunset i Hand Rolled Floral oraz białą herbatę Snow Buds. Przyznam szczerze, że spodziewałam się, że najbardziej posmakują mi czarne herbaty (bo ostatnio dość dużo ich piję), a biała herbata – najmniej (bo czym mogłaby mnie zaskoczyć, mając na uwadze doznania dostarczane przez chińskie białe herbaty typu Baihao Yinzhen?). Co ciekawe, okazało się, że jest zupełnie odwrotnie. Gdy zaparzam sobie sama w domu Gold Buds, napar nie smakuje już tak dobrze, jak wtedy w styczniu. Właściwie to można powiedzieć, że nie smakuje mi za bardzo (może to wina zmienionego smaku podczas ciąży?). To samo jest z Wild Sunset, mam wrażenie, że napar jest nijaki. Hand Rolled Floral okazała się najciekawszą czarną herbatą. Z kolei Snow Buds… to było największe zaskoczenie :). Ta herbata oczarowała mnie od pierwszego łyku.

Snow Buds - opakowanie

Snow Buds to biała herbata pochodząca z nepalskiego kompleksu ogrodów herbacianych Guranse (Guranse to po nepalsku rododendron, oficjalny kwiat Nepalu) położonego na wysokości 3500-7200 m n.p.m., co sprawia, że jest on jednym z najwyżej położonych miejsc uprawy herbaty na świecie. Kompleks ten ma powierzchnię 250 hektarów i składa się z ogrodów herbacianych kontrolowanych przez drobnych rolników. Znajduje się on na terenie wyżynnym pod łańcuchem górskim Makalu będącym częścią Himalajów w dystrykcie Dhankuta na wschodzie Nepalu. W tym miejscu panuje unikalny klimat dzięki bliskości wysokich gór. To sprawia, że herbaty pochodzące z Guranse mają wyjątkowy, bogaty smak i aromat. Są one w 100% organiczne (tj. produkuje się je bez użycia pestycydów, nawozów sztucznych i modyfikacji genetycznych). Wytwarza się je w niewielkich ilościach. Przy okazji warto wiedzieć, że kompleksy ogrodów herbacianych Guranse są przyjazne swoim pracownikom: pracują w nich głównie kobiety, którym zapewnia się godziwe zarobki, a ich dzieciom (szczególnie tym z gorzej usytuowanych rodzin) zapewnia się edukację.

Snow Buds wytwarza się z jednego najmłodszego listka i srebrnego pąka z drugiego (letniego) oraz czwartego (jesiennego) zbioru. Moja herbata pochodzi z tego pierwszego zbioru ;). Sam proces produkcji jest ograniczony do minimum: po zbiorach pączki i listki przechodzą tylko przez dwa etapy: suszenie i ręcznie zwijanie. Ostatecznie herbata ma postać poskręcanych lekko owłosionych igiełek w jasnozielonym kolorze z jasnymi przebłyskami połączonych z drobnymi listkami w ciemnozielonym kolorze. Wygląda ona następująco:

Snow Buds - listki i pączki

Pączki i listki wydzielają zapach przywodzący mi na myśl skojarzenia z sianem.

Napar ze Snow Buds ma roślinno-kwiatowy aromat i beżowawy kolor. Prezentuje się on następująco:

Snow Buds - napar

W smaku tego naparu nuty roślinno-kwiatowe przeplatają się ze sobą, ale ostatecznie te roślinne wysuwają się na prowadzenie. Całość jest całkowicie pozbawiona goryczy, a przy tym niezwykle głęboka i „gładka”. Szczerze mówiąc, przywodzi mi ona na myśl skojarzenia z chińską białą herbatą Baihao Yinzhen.

Co ciekawe, podczas swoich eksperymentów z herbatą przed przygotowaniem wpisu (zawsze eksperymentuję z parametrami parzenia i rodzajem wody, zanim przystąpię do stworzenia wpisu o danej herbacie) doszłam do zaskakującego wniosku: bardziej smakuje mi herbata zaparzona zagotowaną, przefiltrowaną wodą z kranu. Jest wtedy słodkawa, wyraźnie kwiatowa, właściwie całkowicie pozbawiona roślinności, a przy tym delikatna i „gładka”. Picie jej to prawdziwa rozkosz dla podniebienia :). Można by wręcz powiedzieć, że jest to idealna biała herbata – po prostu nic dodać, nic ująć.

Co do sposobu przyrządzania Snow Buds, to uważam, że najlepiej zalać ją wodą o temperaturze ok. 80 stopni i parzyć przez 2 minuty. Te same pączki i listki można wykorzystać nawet pięciokrotnie (za każdym razem wydłużając nieco czas parzenia, np. o 20 sekund). Warto wiedzieć, że dobrze jest parzyć tę herbatę w większym naczyniu, np. gaiwanie lub czajniku, bo pączki i listki otwierają się pod wpływem wysokiej temperatury. Poniżej możecie zobaczyć, jak wyglądały po czwartym parzeniu:

Snow Buds - listki po czwartym parzeniu

Warto też zauważyć, że Snow Buds również smakuje znakomicie, gdy „zaparzymy” ją na zimno.

Podsumowując, Snow Buds to wyśmienita nepalska biała herbata dająca delikatny napar o wyraźnie kwiatowym aromacie i smaku. Jej fantastyczna delikatność, „gładkość” i kwiecistość zapadają w pamięci na długo. Jest to absolutnie obowiązkowa pozycja na liście herbat do wypróbowania dla miłośników białych herbat. Przyznam szczerze, że ostatnio jest to moja ulubiona herbata, po którą sięgam dość często. Mój trzyletni syn też ją uwielbia.

Pozdrawiam 🙂

PS Przy przygotowywaniu wpisu korzystałam z następujących źródeł internetowych: posta zawierającego opis herbaty Snow Buds zamieszczonego przez Agatę na stronie jej sklepu na Facebooku w dniu 5 września oraz następujących linków:

http://agataozarowska.pl/herbata/produkt/herbata-snow-buds/

https://www.facebook.com/guransetea.nepal/about/

http://www.guransetea.com.np/about-us

http://www.guransetea.com.np/tea-products/snow-buds

http://www.holymtn.com/tea/GuranseTea.htm

Różne odsłony herbaty cz. 31 – Ramiz Black Tea i Leila Black Tea, czyli dwie nietuzinkowe gruzińskie czarne herbaty

W dzisiejszym wpisie przedstawię Wam dwie gruzińskie czarne herbaty: Ramiz Black Tea i Leila Black Tea z tegorocznych majowych (czyli wiosennych) zbiorów. Już w zeszłym roku przeczytałam o tych herbatach wiele dobrego (m.in. na blogu Herbaciany notes i Herbaciane szlaki), ale zanim doszłam do wniosku, że chcę ich wypróbować, były już niedostępne. W tym roku na pierwszym spotkaniu Kolektywu nadarzyła się okazja, żeby spróbować jednej z tych słynnych wśród herbaciarzy gruzińskich herbat – Jola zaparzyła nam Ramiz Black Tea z ubiegłorocznego czerwcowego zbioru. Byłam pozytywnie zaskoczona tym naparem, szczególnie jego wyraźnymi winnymi nutami. Po tym doświadczeniu utwierdziłam się w przekonaniu, że koniecznie muszę kupić tę herbatę, jak tylko pojawi się w sklepie TheTea. Jak postanowiłam, tak też zrobiłam :). Gdy mniej więcej w połowie lipca odebrałam przesyłkę, otworzyłam ją i zorientowałam się, że kryje ona w sobie miłą niespodziankę – gratisową próbkę Leila Black Tea. Właściciel sklepu, Wojtek, chyba czyta mi w myślach, ponieważ tej herbaty też chciałam spróbować, ale nie zamówiłam jej tym razem, bo nie zależało mi na niej aż tak bardzo, jak na Ramiz Black Tea ;).

Ramiz i Leila - opakowania

Ramiz Black Tea 2016

Ramiz Black Tea to czarna herbata pochodząca z małego, prywatnego ogrodu położonego we wsi Chakvi w rejonie Adżaria na północnym-zachodzie Gruzji, znajdującym się nad Morzem Czarnym. Jej wytwarzaniem zajmuje się pan Ramiz. Ten sześćdziesięcioletni Gruzin produkuje ją całkowicie ręcznie w niewielkich ilościach. W rezultacie powstała herbata ma postać mocno poskręcanych dużych listków w kolorze ciemnobrązowym, momentami wręcz wpadającym w czerń, z jasnobrązowymi akcentami. Prezentują się one następująco:

Ramiz Black Tea - listki

Listki te wydzielają intensywny owocowy aromat z wyraźnym winnym akcentem, który uderza w nozdrza natychmiast po otwarciu opakowania. Przyznam szczerze, że wywołuje on we mnie skojarzenia z działką pełną owoców, którą kiedyś miał mój dziadek. Ten aromat jest na tyle przyjemny, że mogłabym go wąchać i wąchać bez końca :).

Napar z Ramiz Black Tea ma słodko-winny aromat i jasnobursztynowy kolor. Wygląda on tak, jak na zdjęciu poniżej (fotografia przedstawia napar z trzeciego parzenia):

Ramiz Black Tea - napar

Przy pierwszym parzeniu smak naparu jest owocowo-winny, przy czym akcent winny jest dominujący. Co ciekawe, schłodzony do temperatury pokojowej napar staje się bardziej miodowy, ale nuta winna wciąż jest obecna. Przy każdym kolejnym parzeniu akcent owocowy wysuwa się na prowadzenie, a akcent winny schodzi na dalszy plan. Całość jest właściwie całkowicie pozbawiona goryczy.

Co do sposobu przyrządzania Ramiz Black Tea, to myślę, że najlepiej jest zalać ją wodą tuż po zagotowaniu i parzyć przez 2 minuty. Te same listki można wykorzystać nawet pięciokrotnie (za każdym razem wydłużając czas parzenia o ok. 15 sekund), co jest dość nietypowe jak na czarną herbatę.

Leila Black Tea 2016

Leila Black Tea to czarna herbata pochodząca z dokładnie tej samej gruzińskiej wioski, co Ramiz Black Tea. Jej wytwarzaniem zajmuje się pani Leila, trzydziestopięcioletnia Gruzinka, która odziedziczyła ogród po swojej teściowej. To właśnie dzięki nieżyjącej już Zii pani Leila poznała tajniki produkcji i obróbki herbaty. Podobnie jak w przypadku Ramiz Black Tea, Leila Black Tea jest wytwarzana całkowicie ręcznie w niewielkich ilościach. W efekcie powstała herbata ma postać mocno poskręcanych sporych listków w kolorze ciemnozielonym, z jasnozielonymi akcentami. Wygląda ona tak, jak na zdjęciu poniżej:

Leila Black Tea - listki

Listki te wydzielają intensywny ziołowy aromat.

Napar z Leila Black Tea ma słodko-ziołowy aromat i jasnobursztynowy kolor. Wygląda on tak, jak na zdjęciu poniżej (fotografia przedstawia napar z trzeciego parzenia):

Leila Black Tea - napar

Swoją drogą to ciekawe, że kolor naparów z Ramiz Black Tea i Leila Black Tea z tego samego parzenia jest bardzo podobny ;).

Przy pierwszym parzeniu w smaku naparu akcenty ziołowe znajdują się na pierwszym planie, a te słodko-kwiatowe pozostają w tle. Przy każdym kolejnym parzeniu akcenty ziołowe i kwiatowe jakby walczą ze sobą o pozycję dominującą, przy czym można odnieść wrażenie, że nuty kwiatowe wygrywają w tej walce.

Co do sposobu przyrządzania Leila Black Tea, to wydaje mi się, że najlepiej sprawdzają się takie parametry parzenia, jak w przypadku Ramiz Black Tea, czyli woda tuż po zagotowaniu i parzenie przez 2 minuty. Podobnie jak Ramiz Black Tea, Leila Black Tea jest bardzo wydajna – wytrzymuje nawet do pięciu parzeń.

Podsumowując, Ramiz Black Tea i Leila Black Tea to nietuzinkowe gruzińskie czarne herbaty, które dostarczają nietypowych doznań :). Przyznam szczerze, że jestem zachwycona Ramiz Black Tea, szczególnie jej winnymi akcentami, co sprawia, że ostatnio często po nią sięgam. Nie znałam wcześniej żadnej czarnej herbaty, która dostarczałaby takich doznań smakowych i zapachowych. Myślę, że jest to absolutnie obowiązkowa pozycja do wypróbowania dla każdego miłośnika herbaty, nawet jeżeli ogólnie nie przepada za czarnymi herbatami. U mnie Ramiz Black Tea na pewno będzie widnieć na herbacianej liście zakupowej co roku ;). Co do Leila Black Tea, to uważam, że jest to raczej herbaciana ciekawostka, której można spróbować i do której można wracać co jakiś czas.

Pozdrawiam 🙂

PS. Przy opracowywaniu wpisu korzystałam z następujących źródeł internetowych:

http://thetea.pl/produkt/2015-ramiz-black-tea/

http://what-cha.com/georgia-mr-ramizs-hand-made-black-tea/

http://steepster.com/teas/what-cha/68734-georgia-mr-ramizs-hand-made-black-tea

http://thetea.pl/produkt/2016-leila-black-tea/

http://what-cha.com/georgia-mrs-leilas-hand-made-black-tea/

Warszawski Kolektyw Herbaciany

Jeżeli śledzicie stronę mojego bloga na Facebooku, zapewne zauważyliście, że w swoich postach często wspominam o Warszawskim Kolektywie Herbacianym, przede wszystkim zamieszczam informacje o organizowanych wydarzeniach i krótkie relacje z nich. Dlatego też postanowiłam, że w dzisiejszym wpisie opowiem Wam co nieco o Kolektywie, bo myślę, że warto mieć orientację w temacie :).

Zacznę krótko od kulis powstania Kolektywu. Wszystko zaczęło się od spotkania w koreańskiej restauracji ONGGI, które odbyło się dokładnie 15 grudnia zeszłego roku z okazji Międzynarodowego Święta Herbaty. Wzięło w nim udział kilku herbaciarzy, m.in. Jola prowadząca bloga Herbaciany notes, Łukasz prowadzący bloga Dado – moja droga herbaty, Ewa prowadząca bloga Herbatniczek oraz Robert zwany również Sayamą, dość znana osoba w świecie herbacianym. Świetnie spędziliśmy ze sobą czas, więc pojawiła się nieśmiała propozycja kontynuacji spotkań. Na początku kolejnego roku spotkaliśmy się w różnym składzie jeszcze cztery razy: na spotkaniu noworocznym w ONGGI 6 stycznia, spotkaniu z panem Shibamoto w ONGGI 23 stycznia, spotkaniu poświęconym japońskiej ceremonii herbacianej w Ambasadzie Japonii 9 lutego i na chińskim nocnym targu w Muzeum Etnograficznym 27 lutego. Niedługo potem Robert wyjechał, pozostawiając nam sporo herbat do wypróbowania, a my czuliśmy coraz większą potrzebę, żeby spotykać się w miarę regularnie przy herbacie :). Ostatecznie 22 marca zebraliśmy się po raz pierwszy w celach organizacyjnych jako Kolektyw, więc myślę, że można by tę datę uznać jako umowną datę powstania. Tego dnia w spotkaniu wzięło udział sześć osób: ja, wspomniani już wcześniej Jola i Łukasz, Piotrek (matematyk), Aneta (artystka ceramiczka) oraz Patryk (barista będący miłośnikiem zarówno kawy, jak i herbaty), które zostały uznane za założycieli Kolektywu ;). Niedługo potem założyliśmy również stronę Kolektywu na Facebooku (https://www.facebook.com/warszawskikolektywherbaciany/?fref=ts) i powoli zaczęliśmy działać :).

Od tego momentu sporo się zmieniło – mamy za sobą wiele ciekawych doświadczeń nabytych na spotkaniach z różnymi osobami związanymi z herbatą oraz mnóstwo wypitych czarek. Do tej pory wzięliśmy udział w wielu spotkaniach zarówno zamkniętych, jak i otwartych, które sami zorganizowaliśmy lub w których mieliśmy okazję uczestniczyć. Były wśród nich m.in. takie wydarzenia, jak: spotkanie plenerowe przy herbatach wietnamskich w Parku Krasińskich, warsztaty ceramiczne zorganizowane przez Anetę w jej domu w Podkowie Leśnej oraz takie spotkania w ONGGI, jak: spotkanie przy pu-erhach i herbatach japońskich od Roberta, spotkanie przy herbatach japońskich z gościnnym udziałem państwa Bohdziewicz, małżeństwa podróżników po Japonii, trzy spotkania z gościnnym udziałem dwóch pań z Korei, absolwentek szkoły herbacianej, dwa spotkania z gościnnym udziałem pana Shibamoto, plantatora z Makinohary z japońskiej prefektury Shizuoka, czy spotkanie przy unikatowych herbatach z Laosu, Tajwanu, Chin i Japonii przywiezionych  przez Roberta. Ponadto część Kolektywu wzięła udział w tegorocznym Święcie herbaty w Cieszynie.

Wszystkie te wydarzenia były bardzo udane, ale przyznam szczerze, że najbardziej zapadły mi w pamięć spotkania z naszymi zagranicznymi gośćmi. Na pierwszym spotkaniu z panem Shibamoto, które odbyło się w styczniu, po raz pierwszy miałam okazję posłuchać osoby, która zajmuje się produkcją herbaty na co dzień, oraz wypróbować wytwarzanych przez nią herbat. Pamiętam, że podczas tego wydarzenia pan Shibamoto poczęstował nas naparem z Kamairichy, japońskiej zielonej herbaty prażonej na patelni, która jest jego specjalnością. Smak tego naparu był fantastyczny, jakże odmienny od innych znanych mi wtedy zielonych herbat. Zrobił na mnie ogromne wrażenie :).

W dalszej kolejności były trzy spotkania z paniami z Korei. Na pierwszym z nich, które miało miejsce w ONGGI, pani Park oraz pani Camilla opowiedziały nam trochę o koreańskich herbatach, pokazały, jak je zaparzać oraz poczęstowały nas naparami, m.in. z Woojeona. Ten Woojeon był po prostu przepyszny, intensywnie roślinno-maślany :). Niestety, ta herbata nie załapała się na zdjęcie, więc zamieszczę inne 😉

spotkanie z Pania Pak i Kamila3

Na kolejnym spotkaniu, które miało miejsce w ramach Festiwalu Otwartych Ogrodów w Podkowie Leśnej, wspomniane wyżej panie parzyły herbaty, które my sami im dostarczyliśmy, m.in. herbaty ze sklepu TheTea.

otwarte ogrody w podkowie1

Z kolei na ostatnim spotkaniu pani Park odpowiedziała na nasze pytania dotyczące koreańskiej ceremonii oraz tradycji herbacianej i zaparzyła nam kilka swoich herbat. Wśród nich była prawdziwa ciekawostka herbaciana, a mianowicie Paryocha naturalnie aromatyzowana cytronem, takim azjatyckim cytrusem, którą pani Park wytwarza na swoje własne potrzeby. Napar z tej herbaty miał naturalny, intensywnie cytrusowy smak :). Była to zdecydowanie najsmaczniejsza herbata aromatyzowana, jaką kiedykolwiek piłam, a muszę zaznaczyć, że jestem dość wybredna, jeżeli chodzi o tego typu herbaty ;).

spotkanie z Pania Pak9

spotkanie z Pania Pak11

spotkanie z Pania Pak6

Z kolei na drugim spotkaniu z panem Shibamoto mieliśmy okazję nie tylko posłuchać o metodach produkcji herbat, popróbować wytworzonych przez niego herbat, np. oolongów o różnym stopniu oksydacji, ale też przyrządzić napar pod jego nadzorem :). Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć, jak przygotowywałam napar z jednej z herbat pod czujnym okiem naszego japońskiego gościa.

spotkanie z panem shibamoto 14

Jakie odnoszę korzyści z działania w Kolektywie, szczególnie z uczestnictwa w jego spotkaniach? Ogromne :). Myślę, że można by je podzielić na trzy główne rodzaje:

  1. Możliwość degustowania herbaty w towarzystwie innych miłośników herbaty, a co się z tym wiąże możliwość skonfrontowania swoich doznań smakowych, zapachowych i wizualnych dostarczanych przez napar;
  2. Możliwość wypróbowywania unikatowych i trudno dostępnych herbat, które najczęściej można kupić tylko na miejscu w danym azjatyckim kraju;
  3. Możliwość uczestniczenia w spotkaniach z ludźmi związanymi zawodowo z herbatą, takimi jak właśnie pan Shibamoto czy panie z Korei. W normalnych okolicznościach spotkanie się z tym osobami byłoby praktycznie niemożliwe, a nawet gdyby jakimś cudem się udało, to dzieliłaby nas bariera językowa, bo nasi azjatyccy goście nie znają za dobrze angielskiego. Na szczęście mamy pod ręką tłumacza japońskiego (Roberta) i koreańskiego (Łukasza), więc komunikowanie się nie stanowiło najmniejszego problemu 😉

To wszystko sprawia, że wszelkie spotkania Kolektywu są niezwykle rozwijające i wzbogacające. Ciężko byłoby zdobyć takie doświadczenie czy nabyć taką wiedzę z jakiejkolwiek książki czy jakiegokolwiek artykułu.

Przyznam szczerze, że powstanie i działanie Kolektywu to jedna z najlepszych rzeczy, jaka się trafiła od czasu rozwinięcia się mojej pasji herbacianej. Oby udanym i ciekawym spotkaniom przy herbacie nigdy nie było końca :).

Pozdrawiam oraz serdecznie zapraszam do śledzenia strony Kolektywu na Facebooku i do uczestnictwa w spotkaniach Kolektywu 🙂

Różne odsłony herbaty cz. 30 – Formosa Yuan Shen, czyli tajwański miodowy oolong

W ostatnim wpisie na blogu, czyli relacji z pobytu w herbaciarni w czeskim Cieszynie, krótko zrecenzowałam Formosa Pouchong, czyli tajwańskiego puszonga. Dzisiaj napiszę o kolejnej herbacie z Tajwanu, a konkretniej Formosa Yuan Shen. Tę herbatę kupiłam na stoisku wrocławskiej Czajowni na cieszyńskim Wzgórzu Zamkowym podczas lipcowego Święta herbaty.

Niestety, niewiele udało mi się znaleźć na temat tej herbaty w internecie, więc część informacyjna tego wpisu będzie dość krótka. Formosa Yuan Shen, zwana również Honey Oolong, to oolong pochodzący z rejonu Sin Bei położonego na północy Tajwanu. Wydaje mi się, że stopień oksydacji tego oolonga wynosi ok. 40-50%, ponieważ nie jest to ani typowy puszong, którego stopień oksydacji wynosi 15-20% i który bardziej przypomina zieloną herbatę, ani mocno oksydowany oolong, taki jak Bai Hao Oolong, którego stopień oksydacji wynosi powyżej 70% i który bardziej przypomina czarną herbatę. Formosa Yuan Shen jest czymś pomiędzy tymi dwiema skrajnościami.

Podobnie jak inne oolongi, Formosa Yuan Shen zapewne przechodzi przez takie etapy produkcji, jak: więdnięcie na słońcu, leżakowanie, powstrzymanie oksydacji przez poddanie działaniu wysokiej temperatury, zwijanie i suszenie. Ostatecznie herbata ta ma postać mocno zwiniętych kuleczek w ciemnozielonym kolorze z jasnozielonymi refleksami. Prezentuje się ona następująco:

Formosa Yuan Shen - listkiTe kuleczki pachną czymś mocno prażonym ;). Z kolei napar z nich ma lekko miodowy zapach i złocisty kolor. Wygląda on tak, jak na zdjęciu poniżej:

Formosa Yuan Shen - napar

Co do smaku tego naparu, to jest on wyraźnie miodowy – po wzięciu łyka do ust jest mało słodki, ale po jego wypiciu pozostaje słodkawy posmak. Momentami można wyczuć też nuty prażone. Ogólnie rzecz biorąc, Formosa Yuan Shen jest zaskakująca – żadna inna znana mi herbata nie ma tak intensywnie miodowego smaku. Gdy piłam ją, czasem zastanawiałam się, czy przypadkiem nie piję jakiejś herbaty mocno dosładzanej miodem ;).

Jeżeli chodzi o sposób przygotowania tej herbaty, to wydaje mi się, że najlepiej zalać ją wodą o temperaturze ok. 95 stopni Celsjusza i parzyć przez 1,5 minuty. Te same listki można wykorzystać nawet czterokrotnie, przy czym każde kolejne parzenie dobrze jest wydłużyć o ok. 30 sekund. Przy okazji warto wspomnieć o tym, co dzieje się z kuleczkami po zalaniu ich gorącą wodą – rozwijają się, ukazując kawałki łodyżek z dwoma lub trzema małymi listkami. Możecie sami zobaczyć ten efekt na zdjęciu poniżej:

Formosa Yuan Shen - listki po zaparzeniu

Biorąc pod uwagę zachowanie kuleczek po ich zaparzeniu, przy przyrządzaniu tej herbaty obowiązkowo trzeba sięgnąć po duże naczynie zapewniające swobodę listkom ;). 

Na koniec podzielę się jeszcze jedną ciekawostką związaną z eksperymentami z Formosa Yuan Shen. Gdy zaparzyłam ją przegotowaną przefiltrowaną wodą, napar był bardzo roślinny, z wyraźnymi prażonymi nutami. Co ciekawe, był on całkowicie pozbawiony miodowego smaku. Z kolei gdy zaparzyłam tę herbatę przegotowaną wodą źródlaną z butelki, napar stał się wyraźnie miodowy, czyli tak naprawdę dopiero wtedy pokazał swoje prawdziwe oblicze. Ten przykład świetnie pokazuje, jak bardzo różny efekt możemy uzyskać po potraktowaniu listków przegotowaną wodą z kranu i z butelki.

Podsumowując, Formosa Yuan Shen to tajwański oolong dający napar o miodowym aromacie i smaku. Generalnie ta herbata jest zaskakująca, ponieważ dostarcza nietypowych jak na oolonga doznań zapachowych, smakowych i wizualnych (szczególnie po potraktowaniu listków gorącą wodą). Jest to absolutnie obowiązkowa pozycja na liście herbat do wypróbowania dla miłośników oolongów oraz herbat o wyraźnym smaku miodu.

Pozdrawiam 🙂

PS. Przy przygotowywaniu wpisu korzystałam z książki pt. „Zapiski o herbacie” Roberta Tomczyka i następujących źródeł internetowych:

https://www.czajownia.pl/pl/p/Yuan-Shen-Miodowy-oolong-50-g/256

http://www.dobratea.com/honey-oolong/

http://www.dobrateame.com/tea-menu/oolong/taiwanese/

https://www.pragon.cz/caje/dobra-cajovna/medovy-oolong-formosa-yuan-shen-50-g-31558.html#popis

 

„Zapiski o herbacie” Roberta Tomczyka – recenzja książki o herbacie

Dzisiejszy wpis będzie recenzją książki pt. „Zapiski o herbacie” Roberta Tomczyka, która została wydana przez nieistniejące już Wydawnictwo Fu Kang. Zanim kupiłam ją, słyszałam, że to najlepsza polskojęzyczna pozycja o herbacie, wręcz obowiązkowa dla każdego miłośnika herbaty. Zachęcona wyjątkowo pozytywnymi opiniami rozpoczęłam poszukiwania ofert jej kupna w internecie. Niestety, okazało się, że ze względu na wyczerpany nakład książka ta jest prawie niedostępna. Można ją kupić okazyjnie na portalach aukcyjnych typu Allegro. Kiedy dowiedziałam się, że Robert (którego miałam przyjemność poznać osobiście na jednym ze spotkań w koreańskiej restauracji ONGGI w Warszawie) ma jeszcze parę egzemplarzy na sprzedaż, ucieszyłam się i bez wahania skorzystałam z okazji, a następnie przystąpiłam do lektury.

Zapiski o herbacie - książka

Książka pt. „Zapiski o herbacie” składa się ze wstępu o tytule „Od autora”, dwóch głównych części, tj. części I zatytułowanej „Tajemnice herbacianych liści: Wiadomości ogólne o krzewie” i części II zatytułowanej „Herbaty krajów Dalekiego Wschodu” oraz krótkiej bibliografii. Część I, która liczy 42 strony, zawiera informacje m.in. o pochodzeniu krzewu herbacianego, składzie chemicznym liści herbacianych, działaniu naparu z herbaty na organizm, klasyfikacji herbat (ze szczególnym uwzględnieniem chińskiej nomenklatury) wraz z omówieniem procesu produkcji, sposobach oceniania jakości herbaty, jak również metodach dodatkowej obróbki herbaty, takich jak aromatyzowanie, prasowanie oraz sporządzanie mieszanek. Można w niej znaleźć również ogólne porady dotyczące przyrządzania i podawania różnych rodzajów herbat (w tym porady pochodzące ze „Świętej księgi herbaty” autorstwa Lu Yu).

Z kolei część II jest znacznie obszerniejsza, bo liczy aż 100 stron. Rozpoczyna się ona od rozdziału poświęconego trzem najważniejszym postaciom dla chińskiej kultury herbacianej, tzn. cesarzowi Shen Nongowi, Lu Yu i profesorowi Chen Chuanowi. Kolejne rozdziały są właściwie przewodnikami po herbatach i tradycjach herbacianych poszczególnych krajów Dalekiego Wschodu, tj. kolejno Chin, Wietnamu, Korei i krajów zachodnich, a konkretniej po historii herbaty w danym kraju, akcesoriach, ceremoniach i tradycjach herbacianych, jak również gatunkach charakterystycznych dla danego kraju czy najważniejszych rejonach uprawy herbaty. Pierwszy rozdział poświęcony Chinom jest najdłuższy i najbardziej szczegółowy, a ostatni rozdział o krajach zachodnich jest najkrótszy i najbardziej ogólny.

Całość książki jest uzupełniona podpisanymi zdjęciami herbat, akcesoriów, miejsc uprawy herbaty czy tubylców przy herbacie. Pochodzą one z prywatnej kolekcji autora, którą zgromadził przez ponad 15 lat podczas podróży po krajach Dalekiego Wschodu (w latach 1993-2008).

Główną zaletą tej pozycji jest mnogość oraz różnorodność informacji i ciekawostek o herbacie i kulturze herbacianej w krajach Dalekiego Wschodu, jak również porad dotyczących przyrządzania i podawania różnych rodzajów i gatunków herbaty. Dzięki niej dowiedziałam się na przykład, że za czasów panowania chińskiej dynastii Tang herbatę spożywano w formie zupy (czyli wywaru) z dodatkiem takich składników jak sól czy cebula, a nie naparu. Co prawda wcześniej po lekturze innych źródeł wiedziałam, że w przeszłości konsumowano herbatę w inny sposób niż ten znany nam dzisiaj, ale nie byłam świadoma, że tak właśnie to wyglądało. Przyznam szczerze, że bardzo cenię sobie podrozdział o Tajwanie oraz rozdziały poświęcone Wietnamowi i Korei, ponieważ przeważająca większość polskojęzycznych pozycji o herbacie koncentruje się na krajach będących większymi i bardziej znanymi producentami herbaty, czyli Chinach (przy czym Tajwan jest najczęściej tylko wspominany), Japonii i Indiach, przez co obszar wiedzy o herbacie i tradycjach herbacianych w krajach będących mniejszymi i mniej znanymi producentami herbaty jest zaniedbany. Co więcej, szczególnie podobały mi się przewodniki po najbardziej charakterystycznych herbatach w danym kraju, zwłaszcza dość szczegółowa klasyfikacja chińskich herbat wraz z krótką instrukcją parzenia wybranych gatunków.

Co ważne, pozycja pt. „Zapiski o herbacie” została napisana przez osobę, która ma rozległą wiedzę o herbacie i ogromne doświadczenie w tym zakresie dzięki ukończeniu japońskiej szkoły sztuki herbacianej oraz wieloletnim podróżom po krajach Dalekiego Wschodu w celu zgłębiania tradycji i kultury herbacianej tych miejsc. Dlatego też bez wątpienia to opracowanie jest rzetelnym źródłem wiedzy.

Ponadto warto zauważyć, że książka ta prezentuje temat herbaty od podstaw, co oznacza, że zarówno początkujący, jak i bardziej zaawansowani miłośnicy tego naparu mogą z niej skorzystać – ci pierwsi mogą mieć większe ogólne pojęcie o herbacie, a ci drudzy mogą uzupełnić i uporządkować swoją bardziej zaawansowaną wiedzę.

Książka pt. „Zapiski o herbacie” Roberta Tomczyka ma jednak kilka niewielkich wad. Pierwsza z nich to drobne błędy językowe, przede wszystkim literówki, np. „Camelnensis” zamiast „Camellia sinensis” (strona 11), „metoda CTC (C-crush, T-tear, C-crul)” zamiast „metoda CTC (C-crush, T-tear, C-curl)” (strona 25), „prowincja Gunagxi” zamiast „prowincja Guangxi”, „Baiahao Oolong” zamiast „Baihao Oolong” (strona 103) czy „krzew yutakmidori” zamiast „krzew yutakamidori” (strona 127). Nie stanowią one żadnego problemu dla osób bardziej obeznanych w temacie, ponieważ doskonale wiedzą, jaka jest poprawna wersja danej nazwy. Jednak w przypadku osób, które dopiero rozpoczęły swoją przygodę z herbatą, mogą one nieco utrudniać prawidłowy odbiór przekazywanych treści.

Drugą wadą jest przedstawienie danego tematu w niektórych fragmentach zbyt powierzchownie, „po łebkach”. Na przykład na stronie 94 w części dotyczącej chińskiej herbaty o nazwie Xiao Zhong Hong Cha, znanej u nas jako Lapsang Souchong, znajduje się następująca wzmianka o pewnej odmianie tej herbaty: „Inną herbatą należącą do grupy Xiao Zhong Hong Cha jest Tarry Souchong”. W tym fragmencie brakowało mi chociażby zdania, które wyjaśniałoby, czym właściwie różni się Tarry Souchong od Lapsang Souchong.

Trzecią niedoskonałością jest fakt, że dwa fragmenty książki (a konkretniej na stronie 50 przy zdjęciu i na stronie 90 w części zatytułowanej „Herbaty oolong”) zostały ucięte w druku, przez co niestety ciężko złożyć je w logiczną i spójną całość z pozostałą częścią tekstu.

Czwartym mankamentem jest wspomniana we wstępie mocno ograniczona dostępność książki.

Podsumowując, „Zapiski o herbacie” autorstwa Roberta Tomczyka to wyjątkowa i niezwykle wartościowa pozycja, która stanowi obszerne kompendium wiedzy o herbacie w krajach Dalekiego Wschodu. Całkowicie zgadzam się ze stwierdzeniem, które przytoczyłam we wstępie tej recenzji – każdy miłośnik herbaty, niezależnie od stopnia zaawansowania swojej wiedzy, powinien przeczytać ją, bo jest to najlepsza znana mi polskojęzyczna książka na ten temat. Najlepiej mieć ją na swojej półce, żeby móc do niej wracać na różnych etapach swojej przygody z herbatą :).

Pozdrawiam 🙂

Różne odsłony herbaty cz. 28 – Golden Yunnan

Ostatnio na blogu pojawiło się kilka wpisów o wietnamskich i koreańskich herbatach, więc nadszedł czas na odmianę – w dzisiejszym wpisie z cyklu pt. „Różne odsłony herbaty” przedstawię Wam chińską czarną herbatę o nazwie Golden Yunnan ;). Herbata ta pochodzi ze sklepu Czas na herbatę (http://www.czasnaherbate.net/). Swoją drogą był to zapomniany na dłuższy czas zeszłoroczny prezent urodzinowy, o którym na szczęście przypomniałam sobie niedawno ;).

Golden Yunnan (zwana również Dian Hong Black Tea lub po prostu Dian Hong) to czarna herbata, która, jak sam drugi człon nazwy wskazuje, pochodzi z prowincji Yunnan (a konkretniej z jej południowych regionów) położonej na południowym-wschodzie Chin, przy granicy z Wietnamem, Mjanmą i Laosem. Rejon ten stanowi część „złotego trójkąta”, czyli obszaru uznawanego za miejsce narodzin herbaty, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie z tego cyklu, tj. w recenzji herbat Suoi Giang Wild Green Tea i Suoi Giang Wild White Tea :). Podobnie jak w przypadku wietnamskiego rejonu Suối Giàng, na często spowitych mgłą stokach gór w południowej części prowincji Yunnan znajdują się wiekowe, dziko rosnące drzewiaste formy krzewów herbacianych, które charakteryzują się większymi liśćmi (Camellia sinensis odmiana assamica). Z kolei pierwszy człon nazwy herbata zawdzięcza swojemu składowi, ponieważ zawiera ona dużą ilość złotych tipsów, czyli nierozwiniętych pączków liściowych.

Najpierw listki i tipsy zbiera się mniej więcej w połowie kwietnia, a następnie poddaje się je takim etapom produkcji, jak: więdnięcie, formowanie i suszenie. Ostatecznie herbata ma postać dość dużych, lekko skręconych listków w kolorze ciemnobrązowym i tipsów ze złotymi refleksami. Prezentuje się ona następująco:

Golden Yunnan - listki

Napar z Golden Yunnan ma miodowy aromat i przepiękny, intensywny bursztynowo-miodowy kolor. Wygląda on tak, jak na zdjęciu poniżej:

Golden Yunnan - napar

W smaku na początku napar jest wyraźnie miodowy, a przy tym całkowicie pozbawiony goryczy (wyraźniejsza goryczka jest wyczuwalna tylko w przypadku „przeparzenia” tej herbaty). Po chwili ta miodowa słodycz zamienia się w słodycz przywodzącą na myśl silne skojarzenia ze smakiem suszonych śliwek. Ogólnie rzecz biorąc, picie tej herbaty to prawdziwa rozkosz dla podniebienia :).

Co do przyrządzania tej herbaty, to uważam, że najlepiej jest zalać susz herbaciany wodą tuż po zagotowaniu i zaparzać go przez 2 minuty 30 sekund. Co ciekawe, te same listki i tipsy można wykorzystać dwukrotnie, co jest dość nietypowe w przypadku czarnej herbaty. Przy drugim parzeniu dobrze jest wydłużyć czas o ok. 20 sekund. Po zalaniu gorącą wodą listki i tipsy rozwijają się, rozciągając się i wydłużając. Na poniższym zdjęciu możecie zobaczyć, jak wyglądała ta herbata:

Golden Yunnan - listki po zaparzeniu

Biorąc pod uwagę zachowanie listków i tipsów po kontakcie z gorącą wodą, warto zaparzać tę herbatę w większym naczyniu, żeby mogła rozwijać się swobodnie.

Podobno Golden Yunnan świetnie komponuje się z odrobiną mleka i/lub cukru, ale nie eksperymentowałam z tymi dodatkami, ponieważ uważam, że napar sam w sobie jest idealny :). Poza tym wyczytałam też, że herbata ta daje ciekawy efekt po „zaparzeniu” na zimno, ale nie próbowałam jeszcze przyrządzić jej w ten sposób.

Warto wiedzieć, że istnieje kilka odmian czarnej herbaty z prowincji Yunnan, które różnią się jakością, np. odmiana Broken Yunnan, czyli herbata gorszej jakości składająca się z połamanych listków i znikomej ilości tipsów, którą najczęściej wykorzystuje się do mieszanek, czy odmiana Yunnan Pure Gold uznawana za najlepszą, która składa się wyłącznie ze złotych tipsów.

Podsumowując, Golden Yunnan to chińska czarna herbata dająca napar o intensywnym bursztynowo-miodowym kolorze i miodowym smaku z akcentami suszonych śliwek. Jest to jedna z tych herbat, których smak pozostaje w pamięci na długo i wraca się do nich z prawdziwą przyjemnością. Bez wątpienia to obowiązkowa pozycja do wypróbowania dla miłośników czarnych i/lub słodkich herbat.

Pozdrawiam 🙂

PS Przy przygotowywaniu wpisu korzystałam z następujących źródeł internetowych:

http://www.czasnaherbate.net/golden-yunnan-p-301.html

https://eherbata.pl/yunnan-golden-tips-812.html

https://en.wikipedia.org/wiki/Dianhong

http://www.republicoftea.com/golden-yunnan-black-full-leaf/p/v00567/

http://www.rishi-tea.com/product/ancient-golden-yunnan-organic-fair-trade-black-tea/black-tea

http://www.arborteas.com/organic-golden-yunnan-black-tea.html

http://ratetea.com/style/yunnan-gold/150/

https://narien.com/product/yunnan-gold

https://www.teaguardian.com/quality-varieties/tea-varieties/dianhong-golden-black-tea/

https://sevencups.com/shop/dian-hong-gong-fu-organic-black-tea/

Różne odsłony herbaty cz. 27 – Suoi Giang Wild Green Tea oraz Suoi Giang Wild White Tea, czyli dwie wietnamskie herbaty z prowincji Yên Bái

Dzisiejszy wpis z cyklu pt. „Różne odsłony herbaty” będzie recenzją dwóch wietnamskich herbat ze zbiorów majowych w 2015 r., a mianowicie Suoi Giang Wild Green Tea oraz Suoi Giang Wild White Tea. Obie z nich pochodzą ze sklepu TheTea (http://thetea.pl/).

Suoi Giang Wild Green Tea oraz Suoi Giang Wild White Tea wywodzą się z rejonu Suối Giàng położonego w południowej części gór The Hoàng Liên Sơn, które znajdują się w wietnamskiej prowincji Yên Bái. Nazwa „Suối Giàng” po wietnamsku oznacza „niebiańską rzekę”. Rejon ten stanowi część „złotego trójkąta”, czyli obszaru uznawanego za miejsce narodzin herbaty (pozostałe dwa obszary obejmują prowincję Yunnan położoną na południu Chin oraz północno-wschodnią część Laosu). Jest on znany z lasu wiekowych, dziko rosnących drzewiastych krzewów herbacianych (Camellia sinensis odmiana assamica), który często spowija mgła. To właśnie z powodu mgły listki tych krzewów herbacianych rozwijają się wolniej, dzięki czemu powstała herbata ma specyficzny, unikalny smak i aromat.

Listki drzewiastych krzewów herbacianych w rejonie Suối Giàng są zbierane wczesnym rankiem przez lokalny lud, który nazywa się H’Mông. Aby je zebrać, trzeba wspiąć się na wysokość ok. 1200-1400 m n.p.m. Następnie listki są przetwarzane w tradycyjny, ręczny sposób. Z informacji, które znalazłam w internecie, wynika, że Suoi Giang Wild Green Tea przechodzi przez takie etapy produkcji, jak: więdnięcie w cieniu, podpiekanie, zwijanie i suszenie, a z kolei Suoi Giang Wild White Tea poddaje się takim etapom wytwarzania, jak: więdnięcie, suszenie i zwijanie.

Suoi Giang Wild Green Tea (zwana również Wild Five Penny Green Tea)

Suoi Giang Wild Green Tea składa się z pączków liściowych oraz dwóch najmłodszych listków. Suoi Giang Wild Green Tea ma postać ciemno- i jasnozielonych, mocno poskręcanych pączków i listków. Prezentują się one następująco:

suoi giang wild green tea - listki

Napar z Suoi Giang Wild Green Tea ma intensywny roślinny zapach (który wywołuje silne skojarzenia ze smakiem umami) oraz blady, jasnozielonkawy kolor. Wygląda on tak, jak na zdjęciu poniżej:

suoi giang wild green tea - napar

Smak naparu z tej herbaty jest wyraźnie roślinny, a przy tym całkowicie pozbawiony goryczy. Mam wrażenie, że określenie „gładki” świetnie pasuje w jego przypadku. Co ciekawe, momentami można w nim wyczuć delikatny smak umami. Mimo że smak umami jest charakterystyczny dla japońskich zielonych herbat, ogólnie rzecz biorąc, Suoi Giang Wild Green Tea dostarcza zupełnie innych doznań zapachowych i smakowych niż herbaty z Japonii.

Co do sposobu przyrządzania tej herbaty, to myślę, że za pierwszym razem najlepiej jest zalać listki wodą o temperaturze 80 stopni Celsjusza i parzyć przez minutę. Co prawda po oddzieleniu listków i pączków od naparu po tym czasie, sądząc po kolorze, może wydawać się, że napar jest zbyt słaby, ale to tylko złudzenie, bo zaparzanie przez minutę wystarczy w zupełności ;). Te same listki i pączki można zaparzyć nawet pięciokrotnie, przy czym przy każdym kolejnym parzeniu dobrze jest wydłużyć czas o 10-15 sekund. Co ciekawe, ten delikatny smak umami, o którym wspomniałam powyżej, znika przy kolejnych parzeniach, ale za to pojawia się delikatna, zrównoważona goryczka, która pozostawia słodkawy posmak. Uważam, że dwa pierwsze parzenia dostarczają najciekawszych doznań smakowych.

Suoi Giang Wild White Tea (zwana również Wild Mountain Mist (Silver Needle) White Tea)

Suoi Giang Wild White Tea składa się wyłącznie z pączków liściowych. Suche pączki tej herbaty mają zapach, który jest po prostu obłędny. Ten aromat ciężko dokładniej opisać, ale myślę, że najlepiej określają go dwa przymiotniki: „świeży” i „kwiatowy”. Żadna inna znana mi biała herbata nie wydziela równie przyjemnego aromatu. Pączki tej herbaty mogłabym wąchać bez końca :). Mają one postać szaro-białych igiełek o regularnym kształcie. Wyglądają one następująco:

suoi giang wild white tea - pączki

Napar z Suoi Giang Wild White Tea ma blady, beżowawy kolor i słodki, kwiatowy zapach. Prezentuje się on tak, jak na zdjęciu poniżej:

suoi giang wild white tea - napar

Smak tego naparu jest delikatny i słodkawy. Przywodzi mi on na myśl skojarzenia ze smakiem dwóch chińskich herbat: zielonej Lu’an Gua Pian oraz białej Baihao Yinzhen. Jednak mam wrażenie, że w porównaniu z tymi dwiema herbatami z Chin Suoi Giang Wild White Tea jest znacznie delikatniejsza, „gładsza”. Ponadto momentami wyczuwalne są delikatne dymne nuty.

Jeżeli chodzi o sposób przyrządzania tej herbaty, to wydaje mi się, że za pierwszym razem najlepiej jest zalać listki wodą o temperaturze 80 stopni Celsjusza i parzyć przez 2 minuty i 30 sekund. Podobnie jak w przypadku Suoi Giang Wild Green Tea, sądząc po kolorze, powstały po tym czasie napar może wydawać się zbyt słaby, ale to tylko złudzenie ;). Te same pączki można wykorzystać nawet pięciokrotnie, przy czym przy każdym kolejnym parzeniu dobrze jest wydłużyć czas o 10-15 sekund. Co ciekawe, przy kolejnych parzeniach wspomniana słodycz znika, ale za to pojawia się delikatna, zrównoważona goryczka, która pozostawia słodkawy posmak, podobnie jak to było w przypadku Suoi Giang Wild Green Tea. Moim zdaniem dwa pierwsze parzenia dają najciekawszy efekt.

Podsumowując, Suoi Giang Wild Green Tea oraz Suoi Giang Wild White Tea to wietnamskie herbaty dostarczające unikalnych oraz zróżnicowanych wrażeń smakowych i zapachowych. Bardzo się cieszę, że są one dostępne w ofercie polskiego sklepu z herbatą :). Po moich pozytywnych doświadczeniach z tymi dwiema herbatami oraz innymi dwiema, o których już pisałam na blogu (tj. zielonej herbacie lotosowej aromatyzowanej kwiatami lotosu oraz zielonej herbacie Che Thai Nguyen), zaczynam poważnie zastanawiać się, czy Wietnamczycy w ogóle wytwarzają jakąś herbatę, którą określiłabym jako niesmaczną :P.

Pozdrawiam 🙂

PS Przy opracowywaniu wpisu korzystałam z następujących źródeł internetowych:

http://thetea.pl/produkt/2015-suoi-giang-wild-green-tea/

http://teamasters.org/vietnamese-suoi-giang-special-green-tea-yen-bai-provence/

http://www.viet-coffee.com.au/xcart/product.php?productid=366

http://teaandsympathy.com.au/products/wild-tree-green-tea

http://teaandsympathy.com.au/pages/the-ancient-wild-teas-of-vietnam

http://hatvala.com/hatvalacoffe/teas-vietnam/green-tea-vietnam/five-penny-tea

http://what-cha.com/green-tea/vietnam-wild-five-penny-green-tea/

http://what-cha.com/white-tea/vietnam-wild-mountain-mist-silver-needle-white-tea/

http://www.viet-coffee.com.au/xcart/product.php?productid=370

http://drinksbeansandleaves.com/Vietnam-Lotus-Tea/Wild-Mountain-Mist-White-Tea-Yen-Bai?tok=e7083dbb0dc2